Konie w moim życiu były od zawsze, na pytanie jak to się wszystko zaczęło nie potrafię dać jasnej odpowiedzi. Większość ludzi związanych z środowiskiem końskim na tak postawione pytanie odpowiada : „to rodzice zabrali mnie do stadniny gdzie po raz pierwszy jeździłem na Kubusiu” albo „to u nas rodzinne”… W moim przypadku wyglądało to troszeczkę inaczej gdyż, jak się okazuje nie mam pradziadków, którzy byli kawalerzystami czy należeli do pułku ułanów konnych. Miłości do koni nie wyssałam też „z mlekiem matki” ani w siodle się nie urodziłam – mimo iż tak właśnie się czuje. Co istotne, nikt w mojej rodzinie z tymi pięknymi zwierzętami styczności nie ma (a szkoda).
Więc jak to było ze mną?
Duże, małe, plastikowe, porcelanowe, na pocztówkach i wycinkach z gazet … każdy wizerunek konia czy kuca nie przeszedł przez moje ręce obojętnie. Nawet najmniejszy obrazek przedstawiający te niezwykłe istoty niemal natychmiast wklejany był do zeszytu czy też starannie segregowany w pudełku specjalnie do tego przystosowanym.
Półki „uginały się” od figurek koni a gdy moim oczom na sklepowej witrynie ukazały się jakieś mniej lub bardziej szczególne eksponaty bardzo pragnęłam je mieć. Warto przy tym wspomnieć, że jak każda mała dziewczynka miałam wiele sposobów aby je zdobyć.
Poza tymi wszystkimi materialnymi rzeczami zaczęły się również pojawiać w moim życiu prawdziwe konie… Jednym z pierwszych z jakimi miałam wówczas styczność była piękna siwa klacz, której właścicielem był ojciec mojej koleżanki.
Nigdy nie zapomnę, jak sadzał on nas na grzbiecie Siwej – bo tak miała na imię – i prowadzał po górach, kwiecistych łąkach i polnych dróżkach. Ten świat, widziany z końskiego grzbietu był zupełnie inny, piękniejszy… Tak jest do dziś.
Wspomnienie tych pełnych radości, dziecięcych przejażdżek pozwala mi wierzyć, że koń jest istotą niezwykłą, wspaniałą w swojej bezinteresowności dając nam wiele ciepła, miłości a przede wszystkim radości.
Od tych niezwykle inteligentnych zwierząt możemy się wiele nauczyć – wystarczy tylko potrafić ich słuchać być otwartym na to , co one chcą nam przekazać… budujemy wówczas więź, która jest na tyle niezwykła, iż oparta jest na wzajemnym zaufaniu między człowiekiem a zwierzęciem.
Zyskujemy wtedy najlepszego przyjaciela, który zawsze nam pomoże gdy jest nam smutno bo to właśnie do niego możemy się przytulić czy wypłakać się w jego grzywę gdy jest nam źle. On jeden nie będzie zadawał pytań a jedynie cierpliwie słuchał… jak prawdziwy przyjaciel.
Warto pamiętać o jednej rzeczy – nie ma koni złych, są tylko takie które zostały skrzywdzone przez człowieka tracąc do niego zaufanie i stając się agresywne. Oczywiście jest też wiele innych czynników przez które konie staja się agresywne np. brak możliwości wybiegania się, przebywanie w ciasnym boksie itp. które blokują mu dostęp do naturalnych zachowań. Często mówi się, że ogiery są agresywne ale w znacznym stopniu to człowiek się do tego przyczynia choćby zamykając go w boksie obok klaczy. Z osobnikami agresywnymi płci męskiej spotykamy się również u wnętrów lecz wówczas jedynym rozwiązaniem jest operacja…
Z fizjologii chyba ok., trochę się rozpisałam o ciśnieniu osmotycznym i o składzie krwi, mam nadzieję, że to będzie wystarczające na jakąś pozytywną ocenkę. A anatomia? Cóż, pisaliśmy z inną prowadzącą i mogę powiedzieć , że pozytywnie to widzę J Po zajęciach z anatomii wychodząc z prosektorium przechodziliśmy przez salę w której akuratnie weterynaria miała kolokwium praktyczne czy coś w tym stylu. No to pooglądałam sobie pokrojonego owczarka niemieckiego i coś co było bardzo kudłate z zewnątrz
Niestety żałuje jednego, ominie mnie jarmark średniowieczny ale cóż… może za rok sama wezmę w nim udział, gdyż jestem na etapie załatwiania sobie miejsca w bractwie rycerskim J Ale o tym kiedy indziej.