Mamy 11 dzień czerwca, za oknem noc a przed monitorem lata spragniona światła ćma. Siedzę sobie i zastanawiam sie co ze sobą zrobić. Rodzice pojechali na weekend do Ochotnicy a ja nawet nie mam z kim porozmawiać. Uczyć mi się nie chce, spać też, nawet nie spakowałam się na jutrzejszy wyjazd do Wrocławia. Wynikiem mojego bezsensownego wpatrywania sie w monitor jest ta oto notka. Zwykłe pisanie o niczym… bo niby o czym miałabym pisać?
Pracy nie ma. Nie ma i nie będzie. Przynajmniej dla mnie… A tak miałam nadzieję, że może coś się ruszy, że oderwę się od tego wszystkiego i zarobię trochę kasy. Póki co na ogłoszenie nikt nie odpowiada, w sieci też nie ma ciekawych ofert, wszędzie tylko instruktora z uprawnieniami albo stajennego szukają… Staram się zachować jeszcze trochę optymizmu, że może coś się ruszy. W każdym razie poczekam do końca miesiąca. Później jest jeszcze opcja zapasowa, w moim wypadku ostateczność – wynajmowanie mieszkania w mieście i praca w jakimś tandetnym sklepie, czego bym sobie najmniej życzyła. Niestety miejsce zwane agroturystyką gdzie pojechałam rozmawiać kwalifikacyjnie okazało się być totalną porażką, choć zapowiadało się inaczej już po poznaniu właściciela wiedziałam, że nie chcę tam pracować (temat na oddzielną notkę, która i tak nie powstanie)…
Nie ma co tu siedzieć, czas iść przytulić poduchę i przespać się chociaż pare godzin przed kolejnym ciężkim - dla niektórych długim – weekendem…