Posty otagowaneWrocław
Zwykły weekend.
Weekend… zaczął się dla mnie w piątek kiedy to o godzinie 5:50 włączyłam radio. Leciała jakaś mało znana mi piosenka a kiedy się skończyła usłyszałam głos prowadzącego : „Nareszcie mamy długo oczekiwany weekend”… i wszystko było by w porządku gdyby nie fakt, że niecałą godzinę później musiałam wsiąść do autobusu szynowego zmierzającego w stronę Kłodzka a następnie przesiąść się do pociągu na Wrocław.
Dla większości społeczeństwa piątek jest dniem szczególnym, dniem w którym wszyscy spieszą się by w końcu odpocząć po ciężkim tygodniu w pracy czy w szkole. Zwłaszcza kiedy pogoda na zewnątrz jest wprost wymarzona i czas ten można spędzić na łonie natury.
Dla mnie niestety piątek nie był dniem ciekawym. Całą podróż do Wrocławia próbowałam uczyć się z chemii, na pewnej stacji której nazwy nie pamiętam do pociągu wsiadł mężczyzna z kobietą. Jechali na pogrzeb. Miejsce obok nich zajął ogromny wieniec. I jak zwykle w takim momencie wkręcił mi się nastrój żałobny, zaczęłam rozmyślać o śmierci, która zawsze wygrywa z życiem, o kruchości egzystencji istot żywych etc., nie będę się nad tym rozwodziła… .
Po przyjeździe do stolicy Dolnego Śląska udałam się na uczelnie gdzie cała w stresie czekałam na „tę” godzinę. Godzinę mojej klęski w katedrze chemii. Poprawa kolokwium nie poszła mi zbyt dobrze i mimo, że zdołałam już w miarę pojąć o co chodzi w „tym wszystkim” to 2 głupie punkty podzieliły mnie od wielkiego zwycięstwa. Przez durne dobieranie współczynników położyłam kolokwium. Na szczęście „kolokwia można poprawiać do upadłego”- tak powiedziała moja chemiczka.
Po poprawie pojechałyśmy z koleżanką jej samochodem tym razem do innego budynku mojej szkoły gdzie czekały nas baaardzo długie wykłady z fizjologii, chemii i podstaw prawa.
Jadąc zastanawiałam się jakby to było mieć w końcu ten swój samochodzik, jeździć nim wszędzie, czy dałabym radę przejechać przez Wrocław i takie tam różne inne. Może kiedyś…
W sobotę było już trochę lepiej, od rana na uczelni, najpierw laboratorium z chemii , później fizjologia przy której okazji odbyło się co zjazdowe kolokwium. Poszło mi chyba nie najlepiej, ale cóż zrobić kiedy większość tematu która odbyła się podczas tego zjazdu była już przeze mnie wyuczona? Trudno… będę miała mniej nauki na następny sprawdzian. Nie chwaląc się z poprzedniego tj. dotyczącego układu nerwowego dostałam 5. To pewnie dlatego, że mój układ nerwowy jest stale wystawiany na próby. Ale to inny temat. Po fizjologii jakaś godzina przerwy z minutami więc wybrałyśmy się z koleżanką do mc donald’s gdzie skonsumowałyśmy „obiad” a później czekał nas już tylko wyjątkowo angielski, czyli godzina i pół nudy, z wzrokiem wbitym błagalnie w tarczę zegara wiszącego nad tablicą. Aż strach się bać co to będzie, tym bardziej, że dziadek wszystkich nas poprawia nagminnie jeżeli chodzi o wymowę co staje się niefajne. Po tym każe nam wypisywać na tablicy słówko przeliterowane przez niego po angielsku – to które odczytaliśmy a w tekście było podobne. Ogólnie jeżeli chodzi o angielski to jest śmiesznie, bo gdzie można zobaczyć tyle scen gdzie głupota studentów równa jest głupocie wykładowcy? Tylko u nas.
Po powrocie do domu przyjechał brat z dziewczyną więc zamiast iść od razu uczyć się na anatomię pojechałam najpierw do KFC (nie, nie uczyłam się anatomii na kurczakach) a później na najlepsze lody ponownie do mc donald’s. Po powrocie z wielkim bólem serca zasiadłam w końcu do książek. Tak upłynęła sobota.
Niedziela zaczęła się dla mnie bardzo wcześnie bo wstałam o godzinie 5:00, po to tylko, żeby zmyć resztki snu otwierając książkę z anatomii. W końcu to był ten dzień. Dzień prawdy. Wielkie być albo nie być czyli kolokwium a raczej jego poprawa. Dwie godziny później pędziłyśmy już z koleżanką po ulicach Wrocławia żeby nie spóźnić się na wykład. Po jakże interesującym wykładzie z anatomii odbyły się jeszcze bardziej interesujące ćwiczenia poprzedzone poprawą. 10 pytań, na każde 1-2 minuty. Szok, pytania jeszcze cięższe niż za pierwszym razem, ogromna pustka w głowie… po kolokwium zrezygnowanie.
Godzina 13:39 powrót do domku. I’m lovin’ it.
Poniedziałek godzina 12:25… siedzę z telefonem w ręku i świadomością, że od 15 minut wyniki poprawy są już w katedrze. Odważyłam się – dzwonie. Pani po drugiej stronie odnalazła moje nazwisko i oświadczyła mi że zaliczyłam. Byłam w siódmym niebie.
k.
Add comment kwiecień 28, 2009
Już po wszystkiemu… :P
No i wróciłam sobie z Wrocławia wczoraj, no i przeżyłam kolokwium, no i zawsze mogło byc gorzej
Jedno jest pewne – stres w moim przypadku nie działa mobilizująco
4 długie opisowe pytania i TYLKO 20 minut… porażka, ale jakoś sobie poradziłam
W formie odreagowania po zajęciach poszłyśmy sobie z koleżanką do fajnego wrocławskiego lokalu na… piffko
Miło gawędząc, głownie o konikach, spędziłyśmy tam jakieś 4 godzinki i wysączyłyśmy po dwa browary
Tak dla zdrowotności
wszakże browar a raczej zawarte w nim witaminy z grupy B obniżają napięcie mięśniowe, co z kolei pozwala odpocząć nerwom
Nie wiedzieliście?
Ze spraw związanych ze studiami to jeszcze nie wszystko, bo UWAGA! : mam w końcu indeks i legitymację! hehe, będe mogła w końcu jeździć ze zniżkami
<jupi>
Ogólnie to jestem w domu i odpoczywam od wielkomiejskiego zgiełku, hałasu, itp.
Nie znoszę miast, mimo wszelkich wygód w postaci choćby dobrze rozwiniętej komunikacji czy dostępu do dobrze zaopatrzonych specjalistycznych sklepów to miasto jest zdecydownie nie dla mnie
W formie odreagowania, zebrania i pokukładania myśli mych wybiorę się dzisiaj (może) na wycieczkę z psem i aparatem po górach łącząc przyjemne z pożytecznym
A później może upiekę jakieś ciacho pyszne?
hmmm… czemu nie
No dobra, koniec marudzenia, idę “upolować” sobie coś na obiad
Add comment listopad 10, 2008
Taki sobie dziwny dzień…
Wczorejszy dzień był dniem dziwnym. Rano musiałam wstać po niecałych 4 godzinach snu by wsiąść do autobusu, ruszyć do Wrocławia… Tak, to ten dzień… Tak bardzo przeze mnie nie lubiany…
Wizyta w Klinice Hematologii…
Odwiedzam to miejsce regularnie co miesiąc, dwa i rzadziej… wszystko zależy od tego o ile podniosła się lub spadła ilość leukocytów we krwi. Pierwszy raz jechałam tam gdyż podejrzewano, że chora jestem na białaczkę, co przy następnej wizycie dało się wykluczyć.
Nie lubie tego miejsca, nie lubie patrzeć na cierpienie ludzi… Chodząc po ulicy przeciętny człowiek nie zdaje sobie sprawy, że znajduje się wśród osób, które dotknięte są tak wielkim nieszczęściem… Dopiero będąc w takim miejscu i czekając w kolejce dostrzega się smutek i ból wymalowany na twarzach ludzi chorych…
Jak już wspomniałam wczoraj był dziwny dzień, mój nastrój zmieniał się w ciągu dnia na coraz gorszy i gorszy… w końcu smutek ogarnął mnie całkowicie. Może to jesienna depresja?… Sama nie wiem, dzisiaj nie jest lepiej, dziwne myśli krążą po głowie, a ja? Ja nawet nie chcę się z nikim nimi dzielić.
Wieczorem zadzwonił do mnie Robert, nie jesteśmy razem już ponad dwa miesiące mimo to, wiem, że mogę na niego liczyć, jest moim przyjacielem… Zna mnie, mój charakter i dobrze wie kiedy coś jest nie tak, wtedy stara się mi pomóc, tak jak wczoraj…
…ta rozmowa pomogła mi oderwać się od dziwnych myśli i zapomnieć o nich choć na chwilę…
Add comment październik 16, 2008